CHEREKLIN
Marcel K. opuszczał budynek szkoły z rekami w kieszeniach aż po łokcie. Przy drzwiach wyjściowych ze wzruszenia zaczepił zębami o wycieraczkę.
- Ze tez ta głupia baba musiała zebrać zeszyty!
Gwoli wyjaśnienia dodać potrzeba, iż nauczycielka pewnego przedmiotu, pani O., w celu postawienia kilku ocen niedostatecznych na półrocze, dokonała dobrowolnie obowiązkowej zbiorki zeszytów. Marcel posiadał takowy, jednak w zeszycie tym nie posiadał odpowiednich treści. Pogrążony w otchłani nihilistycznych przemyśleń podążył przed siebie, by otrzymać stosowne pocieszenie w sklepie monopolowym.
- Przecież starsi mnie śmiechem za… - myślał Marcel Z głębokiej zadumy obudziło go delikatne uderzenie w plecy.
- Marcel! - szeptem raczej niż krzykiem zawołała go jakaś kobieta. Marcel odwrócił się gotowy do uderzenia.
- Czy mógłbyś mi pomoc zanieść zeszyty do domu? Są takie ciężkie. - cicho powiedziała pani O. Marcela zatkało. Uniósł brwi z chodnika i zapytał:
- Taaak?! Nie przyczynie się do nieszczęścia kilku niewinnych istot! - gorączkował się. - Ależ nie! Nie będzie tak źle. - starała się uspokoić Marcela pani O. Marcelowi zaświtało w głowie:
- Może jak jej pomogę to potraktuje mnie lepiej jak innych? - myślał.
- Oczywiście z ogromna chęcią pomogę sorce! – rozentuzjazmował się - proszę mi je podać. Początkowo załamał się pod ciężarem kilkudziesięciu kilogramów papieru.
- Jak taka piękna i porządna kobieta może nieść takie ciężary? - powiedział Marcel.
- Ona jest całkiem niezła. A jaka inteligentna i oczytana, myślał spoglądając na panią O.
- Wiesz co Marcel? Tak poza szkołą możesz mówić mi Czesia - zagaiła O. Spojrzała nieśmiało na Marcela, zarumieniła się, zaparowały jej okulary i odwróciła wzrok. Marcel niedowierzał własnym uszom. - Co to ja głupi palant? - pomyślał po wiejsku. - Czesia! Mam jej mówić Czesia? A zresztą… – zreflektował się.
- Oczywiście sorko, hmm, to znaczy Czesiu. Ucieszyła się. Na twarzy Czesi pojawił się lubieżny uśmiech. Dotarli do jej mieszkania. Wpuściła go przodem, sama zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie. - O nie! - krzyknęła Czesia - znowu się zatrzasnęły!
- To może zadzwonię po ślusarza? - zapytał Marcel. - Nie, właśnie zepsuł się telefon - stwierdziła sorka O. wyrywając kabel z telefonu.
Marcela przeszły ciarki po kręgosłupie niczym stado dzikich mrówek po glanach z podkowami. - Wiec coż zrobimy? -zapytała ze swym szerokim uśmiechem Czesia - Może napijesz się wina? Mam w barku Szatobrie, rocznik 1913.
- Nie, nie, ja muszę iść do domu. Matka pierogami dzieli - próbował bronić się Marcel. - Możesz zjeść u mnie. A tymczasem łykniem bo odwykniem! – wybuchneła śmiechem Czesia. Wypili po lampce szkarlatnego płynu.
- Może pomożesz mi sprawdzać zeszyty - inicjatywę po raz kolejny przejęła pani O. - Wiesz, mąż jest w delegacji, wraca dopiero pojutrze - wtrąciła niewinnie Czesia.
- Tak, oczywiście, ale ja musze iść. - prosił Marcel.
- Nie odchodź… pomóż mi… - namiętnym głosem błagała Czesia.
- No juz dobrze odparł Marcel.
Sprawdzanie zeszytów zajęło im około 6 pacierzy, 3 zdrowaśki i 12 Amenów.
- Zrobiło się już późno. Może zostaniesz u mnie na noc? O tej porze moja dzielnica jest bardzo niebezpieczna.
- Nie, nie mogę tego zrobić. Jutro mam lekcje skoro świt. Musze wstać razem z kurami oponował Marcel.
- Przecież drzwi są zatrzaśnięte. A ja mieszkam na 2 piętrze bez piorunochronu. Nie wyjdziesz. Czy nie będzie ci przeszkadzać jeśli będę spać… nago? – wyszeptała Czesia rozpinając namiętnie guziki sukienki. Jej pełne piersi zafalowały niczym uszy spaniela podczas huraganu.
– Mam tylko jedno łóżko - dodała pani O gwoli wyjaśnienia oblizując palec wskazujący. - Rozbieraj się żebyś się nie zachlapał - zażądała.
Marcel postanowił rzucić się w wir wydarzeń i zdjął koszule. Zaczął rozpinać spodnie. - Nie, spodnie nie. Marcel zgodził się potulnie. - A teraz cię wykorzystam - powiedziała Czesia. - Wykorzystam, ale do zmywania naczyń.